piątek, 16 marca 2018

#1 Życie za życie

"Drzewo, którego nie możesz objąć ramionami, było kiedyś małym nasionkiem. Stumilowa podróż zaczyna się od jednego małego kroku. "- Lao-Tse

Stłumiony jęk rozdarł się po pustym,zimnym terenie.Wiatr zdał się na to mocniej zawiać,a burza przybrać na sile.Rozpadało się na dobre.Wiedziała,że nikt jej nie usłyszy i że wkrótce dołączy do brata.Lwica wydała z siebie kolejny jęk,tym razem głośniejszy,bardziej przepełniony bólem.Szara głowa opadła jej na łapy.Nie miała siły jej podnieść i spojrzeć na własne dziecko.Lwiątko tym czasem nie płakało,co zaniepokoiło matke.Czyżby urodziła martwe młode? 

Nie.To nie mogła być prawda.Przecież Babu mówił,że jej pierwsze młode będzie zdrowe.
Ostatkami sił podniosła się,żeby przyciągnąć bliżej siebie lwiątko.Była to lwiczka.Nosząca takie samo futro matki,piękne szare mieniące się w świetle księżyca.Lwica przyłożyła ucho bliżej pyszczka córki.Lekko oddychała...ale żyła.Lwica chciała odetchnąć z ulgą.Zaczęła wylizywać dziecko,gdy do jej nożdzy dotarł jeszcze świeży zapach krwi.Własnej krwi.
Czerwona krew lała się wielkim strumyczkiem z brzucha lwicy.Szara zacisnęła zęby,kiedy kolejna fala bólu ogarnęła jej ciało.Dreszcze od ogona po czubek nosa.Oczy lwicy zaszkliły się,a po policzkach pociekło kilka pojedyńczych łez.
Położyła głowe na łapach,by być bliżej córki.Czuła jej mleczny zapach,zmieszany z krwią.Słyszała cichutki oddech,a miękie futerko lwiczki sprawiało,że nawet jak zamknęła oczy,mogła czuć jej obecność.
Szara lwica opadała z sił.
Zamknęła oczy.
Znalazła się w ciemności,którą dopiero po chwili rozświetliło światło.Ujrzała w nim lwa.Znajomego lwa.Miała ochote podbiec i go przytulić.To on pierwszy wykonał ten gest.Przytulił ją mocno i z czułością.Następnie spojrzeli sobie głęboko w fioletowe oczy.
-Tęskniłam.-powiedziała szeptem lwica.Rozejrzała się dookoła.Wszystko co widziała to jasna pustka.Czasem pojedyńcze mieniące gwiazdy.Lwica spojrzała znów na lwa.-Gdzie ja jestem?
-W Niebie,droga siostro
Łzy w jej oczach znów były widoczne.Wydała z siebie jęk.
-Dlaczego? Dlaczego teraz?
-Jeszcze nie umarłaś,-podniosła głowę ,która wcześnie opadła na pierś.Przestała wpatrywać się w łapy.Lew kontynuował:-Spójrz,Maisha.Urodziłaś zdrową córkę,ale jest słaba.Może umrzeć.Damy ci wybór.My wszyscy...przodkowie przodków.Możemy odebrać jej tą małą nadzieje,a ocalić ciebie.Lub na odwrót.
Lwica nie zawahała się nawet przez chwile.
-Jicho,nigdy nie zaznam ponownie szczęścia.Każdy kiedyś odejdzie,mój czas już nadszedł.Słońce zaszło,-westchnęła,nim lekko się uśmiechnęła,-daj życie mej córeczce.Mojej małej nadziei.
Jicho skinął głową,nim odwrócił się plecami do lwicy.Zaczął iść w kierunku mgły światła.Płomienie spadły na chmurną trawę.Lew odwrócił się do lwicy.
-Idziesz? 
-Jeszcze tylko..chce na nią spojrzeć.
Szara lwica nachyliła się,by dojrzeć coś za chmurami.Daleko,daleko na ziemi.W lwim królestwie,na Rajskiej Ziemi.
Dojrzała ją.
Małą,szarą kuleczkę,pijącą mleko z jej brzucha.Maisha zalała się łzami.Wiedziała,że dobrze zrobiła i wiedziała,że nie przestanie kochać tej małej istotki,a nawet będzie jej pomagać.
-Życie za życie
Czuła,jak nabiera energi.Łagodne powietrze,miły dotyk pod poduszkami łap.Maisha zmarła.
***
Król Jua,wspioł się na baobab,szybciej niż możnaby przypuszczać.Szary pawian,przywitał go od razu smutnym uśmiechem.
-Witaj,Juo.
Jua skrzywił się.Nie przepadał za Babu od zawsze,ale dziś nie chciał się wykłucać.Otrzepał się z wody,nim przystąpił kilka kroków do przodu.
-Co z Maishą? Co z moją żoną!?
Jua czuł,jak targają nim coraz to nowe emocje.Pchają,wyrywają,tortulują.Czuł smutek,gniew,żal.Maisha była dla niego wszystkim,od kiedy spotkał ją tego dnia na granicy.Szare futro błyszczące w blasku słońca,ciepły uśmiech.Była wspaniałą żoną,sprawiedliwą królową.
Lew poczuł,że oczy zachodzą mu mgłą,a po policzkach zaczynają płynąć łzy.Długo przyglądał się ciału swojej żony.Zakrwawionemu,mokremu,bez życia.Przysiadł i zaczął je wylizywać,kiedy na baobabie ktoś jeszcze się zjawił.Mheetu,jedyny lew któremu pozwolił zostać na Rajskiej Ziemi,po tym jak został władcą.Prawo mówiło,że samce opuszczały swe ziemie,kiedy dojrzały odpowiednio.Jednak więź między braćmi była tak wielka,że Jua i Mheetu zostali razem.Brat nie wykazywał też nigdy zazdrości o tron,co więcej cieszył się z funkcji doradcy.
Jua z jednej strony ucieszył się na jego widok,z drugiej nie chciał by mu przerywano.Mheetu usiadł obok jego,po lewej stronie i także zaczął wylizywać ciało Maishy.Pozwolił mu na to,sam powracając do swoich obowiązków.
Wtedy odezwał się szaman:
-Królu...co mam zrobić z lwiczką?
-Jaką lwiczką?-dopiero teraz lew spojrzał na szamana.Mandryl miał dalej zatroskany wyraz pyska,co dodatkowo nie ułatwiało sprawy.Jua powtórzył pytanie.Babu skłonił się z szacunkiem.
-Królowa Maisha nim..
-Nie kończ!-syknął,-Maisha żyje.Jest moim życiem,żyje we mnie!
Jua nie mógł się pogodzić ze śmiercią ukochanej,za bardzo ją kochał.Mandryl westchnął,a Mheetu położył łapę na ramieniu brata.Szepnął:"Spokojnie,niech wszystko wyjaśni."
-Królowa urodziła córkę.Waszą córkę,-mówił spokojnie szaman,-chwilowo ułożyłem ją w liściach.Jest głodna i słaba,potrzebuje..
-Mheetu!-syknął Jua,odwracając się do lwa,-zabierzesz małą do Shani.Niech się nią zajmie.Ma dość pokarmu by ją wykarmić.
Mheetu tylko skinął głową i bez słowa poczekał na Babu,który wrócił po chwili z szarym lwiątkiem.Położył je przed królem.Jua rzucił okiem na córke.Miała futro matki,wogóle była do niej bardzo podobna.Zacisnął powieki.
-Bierz ją już.Nie chce by moja córka umarła.
Odwrócił się znów do ciała.Przycisnął pysk do sierści lwicy.Mheetu spojrzał na szamana.
-Dziękuje Babu.
Chwycił lwiczkę za skórę na karku ,po czym delikatnie podniusł.Najpierw opuścił baobab,nim zaczął kierować się w stronę Rajskiej Skały.Deszcze nie ułatwiał mu nic-zakrywał widoczność.Mimo to urodzony tu Mheetu,doskonale orientował się w terenie.Po jakimś czasie dotarł więc do głównej jaskini stada.
Lwice zwróciły na niego uwagę błyskawicznie.Zaciekawione,zaczęły szeptać między sobą.Mheetu zignorował je.Krok za krokiem doszedł do samego końca wielkiej jaskini,znajdującej się pod ziemią.Jaskinia stada,czyli Rajska Skała znajdowała się pod ziemią i tylko wąskim przejściem można było się wydostać co utrudniało obcoziemcą atak na ich rodową ziemię.A tą krainą rządził obecnie Jua.
Mheetu odszukał ukochanej sobie lwicy.
Piękna czarna lwica,z białym brzuchem i łapami,leżała w ciemności,lecz doskonale rozpoznał,że tam jest.Wpatrywała się w ich córke.Mała Ember,urodziła się zaledwie dzień wcześniej i oboje ją bardzo pokochali i chcieli chronić.Mheetu pomyślał,że miło będzie jej mieć towarzystwo.Domyślał się,że wiele czasu minie,nim Jua spojrzy na lwiczke,swoją córkę,z troską i miłością rodzica.
Położył szarą obok brzucha Shani.Lwica wzdygnęła się od razu,ale nic nie powiedziała,kiedy lwiątko zaczęło pić mleko.Shani skupiła mądre fioletowe oczy na mężu.
-Co to ma znaczyć,Mheetu? Co to za lwiątko?
-Nie poznajesz po sierści.To córka samej królowej Maishy,-następnie schylił się by wyszeptać tylko do ucha lwicy,-Nie żyje.Odeszła dzisiaj w deszcz,zapewne wtedy,kiedy wybrała się popołudniem na spacer i nie zdążyła wrócić przed burzą.Widać zaczął się zbyt bolesny poród.
Shani pociągnęła nosem.Z Maishą były sobie bardzo bliskie.Mheetu położył się koło niej,mogąc równocześnie obserwować lwiątko.Shani westchnęła.
-Jua czuwa przy żonie,prawda? Nie zajmie się chwilowo małą?
-Niestety nie,-pokręcił głową brązowy lew.
Ember wydała z siebie radosny chichot,przy tym ruszając łapkami.Mheetu uśmiechnął się.Polizał lwiątko po głowie.Spojrzał znów na Shani.Lwica nad czymś myślała.Lew zaczekał,aż "wróci na ziemie",wówczas dopiero dodał:
-Kazał ci się nią zająć,wykarmić.
-Z chęcią to zrobie to oczywiste!-chwyciła delikatnie szarą kulke,wkładając ją w łapy.Mała lwiczka idealnie zgrała się z biologiczną córką lwicy.Shani uśmiechnęła się.
-Jak się zwie ta mała?
-Maisha chciała imie Hope..
-Hope nie pasuje,-burknęła Shani,nim cichutko się zaśmiała,by nie zbudzić lwiątek.Lwiczki mlaskały,a brzmiało to jak rozmowa.Znów cicho się zaśmiała.
-Ma charakterek.Niech to będzie nasza mała Kora.

1 komentarz: